| Archiwum: Sierpień 2007 |
Nowy początek
1 lipca. Zaproszenie do prezesa TVP Jana Dworaka przychodzi niespodziewanie. Kolejne zaskoczenie polega na tym, że w saloniku prezesa nie czekam ani minuty. Pojawia się refleksja "czy On wie, że urzędnicy w tej firmie każą czekać twórcom przez godzinę pod swoim gabinetem"?
- Zrezygnował pan z pracy w tv - właściwie stwierdza Dworak. - To ostateczna decyzja?
- Tam gdzie urzędnicy, których nazwisk nikt nie zapamięta, są ważniejsi od ludzi tworzących obraz tej firmy, nie widzę miejsca dla siebie - odpowiadam. - Przez miesiące walczyłem z urzędnikami o podstawowe warunki pracy mojego zespołu. Przegrałem, więc odchodzę.
- Dlaczego nie przyszedł pan do mnie?
- Za wysoko - patrzę na oko. Dziewiąte piętro.
- Ale nie odchodzi pan daleko. Projekt pana serialu bardzo mi odpowiada. Jeżeli wycofa pan wymówienie, producentem będzie telewizja. A gdy skończy pan pracę nad serialem powróci pan do pracy nad "Sensacjami XX wieku", zależy mi na tym programie.
- Dziękuję. Pozostanę przy swojej decyzji.
- Zaczyna pan pracę niezależnego producenta. To bardzo trudne, ale daje dużo satysfakcji.
Prezes Jan Dworak przez wiele lat był niezależnym producentem.To jak błogosławieństwo na trudną drogę.
Wracam do redakcji. Biurko jest zasłane zdjęciami aktorów. Ewa przygotowała kolejne propozycje. Coraz bardziej brakuje mi reżysera. Waldek Krzystek, na którego bardzo liczę, wciąż jest zajęty na planie zdjęciowym we Wrocławiu. Samemu bardzo trudno podejmować decyzje. Mimo to wyłaniają się kolejne postacie. Bogusław Linda byłby znakomity w roli Howarda Compeigne'a. Tak widzę tę postać. Nie wiem czy się zgodzi i czy budżet wytrzyma jego honararium Następnego dnia mam oddać scenariusz do Agencji Filmowej, która na tej podstawie zadecyduje o skierowaniu wniosku do zarządu TVP.
Same dobre wiadomości
18 maja. Nadchodzi bardzo dobra wiadomość. Dzień wcześniej zadzwoniłem do Waldka Krzystka proponując mu reżyserowanie serialu. To znakomity reżyser: ma w swoim dorobku filmy fabularne i świetne teatry telewizyjne. Zależy mi, aby on wziął w swoje ręce "Twierdzę". Zgodził się. Jest tylko jeden problem, rozpoczyna zdjęcia, które mają trwać do początku września. Oznacza to, że zostanie bardzo mało czasu na przygotowanie zdjęć do "Twierdzy", które planuję na połowę października. Trudno, jakoś sobie z tym poradzę.
Praca rusza już pełną parą. Drugi reżyser Ewa Dejmek, odpowiadajaca za casting, przygotowuje kolejne propozycje aktorskie, jeszcze na podstawie charakterystyk, które jej zgłaszam (scenariusz nie jest gotowy). Na udział w filmie zgadzają się Jan Frycz (Globcke), Danuta Stenka (Joanna), Jan Peszek (Kunze). Zgadza się Cezary Żak, choć nie jest zadowolony z postaci, którą ma kreować; uważa, że to za mała rola. Już wiem, że muszę rozbudować jego postać w serialu. Zgadza się Krzysztof Warunek, znakomity aktor, którego widzę jako zimnego i bezwzględnego majora Czyżykowa. Jeszcze nie wiemy kto będzie kreować ogromnie ważną postać Beera i komu zaproponowac bardzo trudne role Natalii i Anny Marii. Ale mamy jeszcze czas.
Andrzej Stempowski organizuje zespół produkcyjny; będą mieli parę miesięcy ciężkiej pracy.
Dzwonię do Staszka Syrewicza do Londynu z pytaniem czy skomponuje muzykę do serialu. Zgadza się!
Agencja Filmowa wyznacza Wojtka Jędrkiewicza jako redaktora. To kolejna świetna wiadomość. Wiem, że będę miał doskonałego, bardzo doświadczonego partnera do rozmów o scenariuszu.
Tylko dobra ekipa zagwarantuje sukces!
Praca cały czas przegbiega kilkoma torami: piszę scenariusz, Andrzej Stempowski pracuje nad budżetem, Ewa przegląda setki zdjęć i filmów biedząc się nad obsadą.
Czas mija. Stanowczo za szybko, jak na zaplanowane terminy.
Dokumentacja
To się nazywa dokumentacja, czyli sprawdzenie wszystkiego na miejscu.
Początek maja 2005 r. Po ośmiu godzinach jazdy z Warszawy dotarłem do Czochy. Daleko. A co będzie podczas zdjęć, gdy trzeba będzie dowozić aktorów i rekwizyty? Nie czas teraz o tym myśleć.
Leszek Łyszczarek, dyrektor zamku oraz Waldek Kleszcz, którego nazywają Misiek (wszyscy go lubią i szanują, będzie nieocenionym pomocnikiem) pokazują mi zamek i okolice. Wybieram komnaty, w których rozgrywać się będzie akcja. Cholera, wszystko jest w pionie, nie mieści się w poziomym kadrze filmowym. Zaglądam do studni, z której będą wychodzić komandosi. Głęboka, 32 metry, trzeba będzie budować specjalną konstrukcję i zabezpieczenia. Odjeżdżamy na wiele kilometrów od zamku. Ze wszystkich stron zasłaniają go drzewa! Tama leśniańska, zbudowana w 1905 roku, jest piękna. Przez nią w nocy komandosi będą przedostawać się do jeziora. Ale jak ją oświetlić? To wielki obiekt!
Tak, zamek i okolica są nadzwyczaj malownicze, ale ogromnie trudne do sfilmowania.
Po dwóch dniach wiem, że zrobiłem krok, tylko jeden. Jeszcze wielokrotnie będę musiał przyjeżdżać do Czochy i Leśnej, już z reżyserem (którego jeszcze nie wybrałem), ze scenografem i dekoratorem wnętrz (których jeszcze nie mam) i operatorem (o którym nic nie wiem). A za wieloosobowe i wielodniowe przyjazdy będę płacił z własnej kieszeni, gdyż telewizja nie podpisała jeszcze umowy. A nie mogę czekać, aż podpisze, gdyż zabraknie czasu na przygotowanie realizacji.
Wracam do Warszawy analizując przeszkody. Postanawiam oprzeć się na ludziach, z którymi przez wiele lat robiłem „Sensacje”. Wiem, że mnie nie zawiodą: specjalista od broni i pojazdów, rekwizytor, garderobiani. Nie wiem, że próba wprowadzenia tego zamysłu w życie natrafi na przeszkodę: telewizja nie zgadza się, aby etatowi pracownicy byli zatrudniani przez zewnętrznego producenta. Dlaczego? Ano jakiś urzędnik tak wymyślił, gdy mu się nudziło. To jedna z wielu, wielu urzędniczych przeszkód, które trzeba będzie pokonać.
Wciąż nie mam pomysłu na reżysera. Czasami myślę o Adku Drabińskim, który zrobił ze mną kilkanaście „Sensacji”. Tam się sprawdzał, ale były to proste scenki, czasami jakaś większa scena batalistyczna. Czy ogarnie 13 godzinnych odcinków?
Na stacji benzynowej pod Wrocławiem zatrzymuję się na kawę. Mężczyzna, który wysiada z samochodu wita się ze mną przyjaźnie. Chwila zastanowienia („skąd go znam?”) jest całkowicie usprawiedliwiona: 25 lat temu studiowaliśmy reżyserię! Opowiadam mu o przyczynach mojej podróży w te strony.
- Szkoda, że wypadłem z zawodu – mówi, - ale nasi koledzy wyrośli od tamtego czasu. To świetni reżyserzy.
Ma rację, na tych studiach był Waldek Krzystek, Krzysiek Lang, Małgosia Kopernik, PIotr Łazarkiewicz. Robią filmy fabularne i teatry telewizyjne, potrafią pracować z aktorami. Dobry pomysł. Może rozwiążę mój największy dylemat. Godzinę później odbieram telefon z Warszawy: Paweł Małaszyński przeczytał książkę „Twierdza” i zgodził się zagrać główną rolę! Tak, film zaczyna żyć.
Zaczęło się
Uprzejmości się skończyły. Szybko. Kilka dni po rozmowie w gabinecie dyrektora I Programu Macieja Grzywaczewskiego dostaję pismo od dyr. Dejmka: „Szanowny Panie, w nawiązaniu do naszych rozmów…”, i padają terminy: „Zakończenie prac nad I wersją scenariusza do 31.07. br, (…) początek zdjęć II połowa października”. Ja go rozumiem, odpowiada za program. Słyszałem jak mówił: „mam dość tych gówien, chcę dać widzom coś wartościowego, co pozostanie na lata”. Świetny plan, ale dlaczego zaczął ode mnie? Oznacza, że w ciągu trzech miesięcy muszę skończyć scenariusz, a trzy miesiące później być gotowy do rozpoczęcia zdjęć. Na razie nie mam ani scenariusza i ekipy. Lubię przedsięwzięcia niemożliwe.
Zaczynam od listy reżyserów: wypisuję nazwiska, które uważam za najbardziej odpowiednie, choć nie wiem czy będą chcieli ze mną pracować. Powstaje druga lista: scenografów i trzecia: operatorów. Dość długie, ale już pierwszy telefon sprowadza mnie na ziemię. Pani scenograf pyta: „umowa z telewizją jest już podpisana?”. Jeszcze nie. „To zadzwoń, gdy zostanie podpisana”. Mówi przez nią doświadczenie. Zapewne parę razy spotykała się z propozycjami, które zaakceptowała, a potem zarząd TVP nie podpisał umowy z producentem i całe przedsięwzięcie wzięło w łeb. „Mądra dziewczyna” - myślę i skreślam jej nazwisko z listy; nie mogę pracować z ludźmi, którzy od początku mają wątpliwości. Na razie zgadza się kierownik produkcji Andrzej Stempowski. To ogromnie ważny człowiek w ekipie; starannie sprawdziłem jego rekomendacje. Do pokoju, który jeszcze zajmuję w telewizji, coraz częściej przychodzi Adek Drabiński. Wpada na kawę. Pracowałem z nim przez dwa lata przy „Sensacjach XX Wieku”.
Najważniejsza jest świadomość, że materiał zawarty w książce „Twierdza Szyfrów” nie wystarczy na 13 odcinków. Muszę dopisać drugie tyle. Poza tym akcja musi zostać bardzo poważnie przebudowana. Na przykład sposób podsunięcia polskiego szpiega Niemcom, jaki przedstawiłem w książce, jest zbyt skomplikowany dla filmu. Co ze scenami we Francji, Anglii, Moskwie i Ameryce?
Odkładam listy współpracowników. Jest początek maja. Licznik już bije. Wsiadam do samochodu i jadę do Czochy.
Dzień pierwszy
Początek maja 2005 roku. Spotkanie w gabinecie dyrektora I Programu TVP. Dyrektor Maciej Grzywaczewski i jego zastępca Piotr Dejmek mierzą mnie wzrokiem pełnym niezrozumienia. Nie jestem ich pracownikiem, gdyż oni odpowiadają za program, a nie mają wpływu na ludzi, którzy ten program tworzą. Ja jestem pracownikiem Agencji Produkcji Audycji Telewizyjnych.
- Naprawdę chce pan odejść z telewizji? Dlaczego? - pyta Grzywaczewski.
- Powiem tak: przez dziewięć miesięcy walczyłem o to, aby mój zespół Sensacji XX wieku dostał komputer i drukarkę. Ta, którą mamy to HP 4L, czyli teoretycznie drukuje 4 strony na minutę, ale kartki trzeba wtykać ręcznie, więc przepustowość spada. O faks już nie walczę, bo przyniosłem z domu.
Dejmek uśmiecha się.
- Co za problem. W telewizji są tony tego sprzętu! - pyta Grzywaczewski, nieco zdezorientowany, jakby podejrzewał mnie o kpiny.
- Ano taki, że przez dziewięć miesięcy usiłuję wytłumaczyć, że zespół, który co miesiąc przygotowuje widowisko historyczne Sensacje XX wieku powinien mieć drukarkę. Bezskutecznie.
Dejmek mruczy coś pod nosem. Nie słyszę, ale się domyślam się, że to o pani dyrektor APAT
- Pana decyzja jest nieodwołalna? - pyta Grzywaczewski.
- Dziewięć miesięcy rozmów na temat komputera to tylko kropla. Powodów jest jeszcze sto.
- Nie mam możliwości, aby pana zatrzymać - mówi Grzywaczewski. - Niech pan pozostanie w telewizji jako niezależny producent. Pana książka "Twierdza szyfrów" bardzo mi się spodobała. Uważam, że to świetny materiał na serial. Zgadza się pan na stworzenie takiego serialu?
Grzywaczewski i Dejmek przez lata, zanim przyszli do telewizji byli niezależnymi producentami. Wiedzą co mówią. Dlatego odpowiadam:
- Tak
- Trzynaście odcinków.
- Cholera, dużo!
I tak to się zaczęło. Wykonałem skok do głębokiej wody. Wiedziałem, że bardzo szybko muszę zgromadzić zespół, od którego będzie zależał sukces tego filmu: aktorzy, scenograf, reżyser, kierownik produkcji, operator, kostiumograf. Musiałem tych ludzi znaleźć i przekonać ich do współpracy ze mną. Zacząłem od reżysera.
