| Archiwum: Listopad 2007 |
Anegdoty
Ile ich było? Trudno zliczyć, ale przy tak wielkim zamierzeniu jak 13-odcinkowy serial kostiumowy, nie wydaje się to dziwne.
Na przykład szczury. Przyjechały dwa z Warszawy do Czochy, bo musiały być tresowane. Na początku pani treserka ostrzegłą, że mogą uciec, co wzbudfiło moje podejrzenia co do jej fachowości. Było gorzej, niż myślałem. Szczury otumanione jakimiś środkami uspokajającymi nawet nie myślały, azeby ruszyć się z miejsca.
Rakieta. Jak ją zobaczyłem na planie o mało ja nie dostałem ataku serca. Skrzydła V-2 (w wersji 4b) miały dobry metr grubości i z powodzeniem mogłyby unieść Boeinga i to Jumbo. Co można było zrobić, oprócz gorącej prośby do operatora, aby filmował tak, by nie było tego widać. Udało się. Ale nie dość tego: tuż przed rozpoczęciem zdjęć rakieta przełamała się, gdyż jej kadłub został zespolony 3 śrubami wkręconymi w miękką plytę. A to oznaczało utratę dnia zdjęciowego. Okazało się, że ekipa, która stworzyła to cudo była lepsza w remontowaniu niż konstruowaniu i w ciągu 3 godzin zespoliła rakietę.
Ania Dereszowska świetnie jeździ konno i powozi. W jednej ze scen miała spaść z konia, ale musiała ją zaastąpić kaskaderka, ku Ani niezadowoleniu. Prosiła, abym dał jej szansę wykonania tej sceny, ale nie mogłem na to się zgodzić. Z Warszawy przyjechały dwa konie, kaskaderka z pomocnikami. I się zaczęło. Koń ani chciał stanąć dęba, a kaskaderka jak spadała to widać było, że bardzo to chciała spaść. W bólach scena powstała. Na koniec Ania wsiadła na konia, przmknęła w pięknym galopie i na koniec spięła konia. Szkoda, że kamery już były wyłączone.
No, ale czas powrócić do spraw poważnych, bo 105 dni zdjęciowych zabawą nie były...
Duch
PIerwsze załamanie przychodzi szybko. Plan zdjęciowy, którego ułożenie kosztowało dwójkę drugich reżyserów (Ewy Dejmek i Sławka Małyszko) wiele tygodni katorżniczej pracy, zaczyna się załamywać. Wszystko można było przewidzieć, ale nie pogodę. Zakładaliśmy, że w kwietniu w okolicy Książa zima już ustąpi. Dlatego w planie przewidziano wiele zdjęć w plenerze. A tu półmetrowy snieg na okolicznych polach blokuje dojazd do wybranych wcześniej miejsc zdjęciowych. W ruinach Starego Książa mamy kręcić sceny szkolenia cichociemnych, a nie ma mowy, aby cieżarówka ze światłem, samochód ciągnący agregat prądotwórczy, autobus-garderoba, busy z aktorami i ekipą mogły przedrzeć się przez zaspy. Jeszcze gorzej jest w Osówce. Tam co prawda droga przetarta, ale scena zastrzelenia Sauera wg scenariusza rozgrywa się na początku maja 1945 roku. Jak uzasadnić wysokie pryzmy sniegu przy drodze i zaśnieżone świerki? "Nie ma złej pogody, są tylko słabe nerwy". Udaje się zmienić plan i wycofujemy się ze Starego Książa. W Osówce zmieniam tekst aktora. Sauer mówi do Wolfa: "Początek maja, a tu tyle śniegu", a Wolf odpowiada "No cóż, jesteśmy w górach". Pierwsze problemy mijają więc prawie bezboleśnie. Duch w ekipie wspaniały, więc niegroźne nam żadne przeszkody.
Pojawia się jednak pęknięcie. Zauważm je, ale lekceważę. Oceniam, że szybko zasklepi się. Błąd. Pęknie niezauważalnie, podstępnie. Ujawni się z cała siłą dopiero po wielu miesiącach. Czas pęknięcia powoli nadchodzi.
